Strony

czwartek, 1 lipca 2021

Wo i muzyka

 

 Wo i muzyka

Poniższy przekaz, najpierw otrzymany na żywo, 29 czerwca, 2019 w McCloud został przeredagowany i uzupełniony przez Lee i Kryona w celu sprostania wymogom słowa pisanego. Często się zdarza, że sam przekaz na żywo niesie ze sobą pewne energie, których nie da się ująć w słowa i stąd konieczność ponownego channelingu z uzupełnieniem bądź streszczeniem pewnych rzeczy. Miłej lektury.

Witam was kochani, Jam Jest Kryon ze Służby Magnetycznej. Od czasu do czasu dzielimy się z wami przypowieścią, alegorią, przekazujemy wam opowieść i właśnie dzisiaj także pragniemy to zrobić. Zwykle naszym bohaterem jest Wo, który nie jest ani kobietą, ani mężczyzną. Wo to Wo-man, czyli Człowiek imieniem Wo i tylko dla wymogów słowa pisanego nadamy mu zaimek osobowy „on”. [Nieprzetłumaczalna, zabawna gra słów, gdyż woman znaczy kobieta, a Wo-man może także oznaczać mężczyznę imieniem Wo – przyp. tłum.] Pragnę wam dzisiaj opowiedzieć jego historię, zdradzić, co mu się przytrafiło. Zacznijmy do przyjrzenia się, kim jest: Wo mieszka w małym mieście, może nie tak małym, jak wasze (McCloud, CA), może znalazłyby się w nim choć cztery skrzyżowania ze światłami. [Śmiech na sali.] Mieścina więc jest nieduża i graniczy z lasem.
Wo nigdy nie czuł, że musi należeć do jakiegoś kościoła, wyznawać określoną religię. Prawdę mówiąc, już we wczesnym wieku zrozumiał, że chodzenie do kościoła wcale mu się za bardzo nie podobało. Co prawda czuł panującą tam miłość, wiedział, że wielu z regularnie uczęszczających byli Ludźmi przyzwoitymi i rzetelnymi, lecz to nie było dla niego. Wo wolał kontakt z naturą; och, to było coś naprawdę dla niego! Był duchowo związany z Ziemią i kiedy inni co niedziela chodzili się modlić do kościoła, on wybierał się na wędrówki po lesie. Bardzo wcześnie zauważył świętość dolin, jezior, strumyków, zwierząt, drzew; wszystko to było dla niego przedmiotem czci. Podczas wędrówek czuł, że sam grunt pod nogami do niego przemawiał. Zapoznałem was z Wo, już wiecie mniej więcej kim jest, pora na opowieść o tym, co się mu przytrafiło.
Wielu z was ma bardzo wyraźne sny, czasem nawet wizje i z Wo jest podobnie. Pewnej nocy, podczas głębokiego snu, do-świadczył czegoś, co można tylko określić mianem wizji. Było to coś bardzo, bardzo rzeczywistego! Chociaż jakże daleko wybiegało poza jakąkolwiek dotychczas doświadczaną rzeczywistość. Bardzo bym chciał wam to jak najdokładniej opisać, lecz cokolwiek wam opowiem, tylko w połowie odda to doświadczenie; żeby dokładniej to odczuć, musielibyście się z Wo utożsamić.
Usłyszał muzykę. Kochani, to, czego doświadczył nie da się ująć w żadne słowa, usłyszał muzykę tak cudowną, tak doskonałą i piękną, której dźwięk wybiegał poza wszystko, co kiedykolwiek na Ziemi słyszał jakikolwiek Człowiek. Nie da się jej z niczym porównać. Towarzyszące jej przepiękne obrazy było doskonale zgrane i idealnie odzwierciedlały dźwięczność melodii.
Zapytacie teraz: „Jaki to był rodzaj muzyki?” Nie da się na to pytanie odpowiedzieć, ponieważ ona wybiega poza wszelką klasyfikację. Nie była to melodia ani klasyczna, ani popularna; ona po prostu dźwięczała i słychać w niej było wszystkie kiedykolwiek znane instrumenty, a wszystkie one grały doskonale w kolejności stwarzającej melodie jednocześnie romantyczne i heroiczne. Wo nie mógł uwierzyć własnym uszom. To tak, jakby dotychczas słyszał tylko na czarno-biało a teraz zaczął słyszeć w kolorze.
Rozkoszował się swą muzyczną wizją, jednocześnie nie mogąc uwierzyć, że coś takiego słyszy, że jest to prawdziwa muzyka. Bardzo szybko uzmysłowił sobie, że tak naprawdę wcale jej nie słyszy uszami, zamiast tego czuje ją każdą komórką swego ciała. Była to najpiękniejsza melodia, jaką kiedykolwiek słyszał – umykająca wszelkiej definicji, a przecież idealna – i zaraz się obudził. Cała poduszka była mokra. Wiedział, że w wizji odwiedził jakieś święte miejsce, ale nie wiedział, dlaczego w ogóle jej doświadczył.
Wo należał do Ludzi, którzy wierzą, że w życiu przewodzi im Duch poprzez różne znaki. Wcześniej widział ich już wiele, zwłaszcza podczas swych leśnych wędrówek, kiedy to jego intuicja była najbardziej wyostrzona. Pomyślał więc sobie: „Może jest to znak, żeby zaangażować się w coś mającego do czynienia z muzyką? Może zacząć się uczyć gry na jakimś instrumencie? Może przyłączyć się do jakiegoś zespołu? Ale mnie przecież żadne muzyczne występy w ogóle nie interesu-ją?! ”
Więc Wo zaczął poszukiwania i na zasadzie synchronii dowiedział się, że w miasteczku akurat odbywały się próby na przyjęcie do chóru. „Aha, to musi być to!” – pomyślał sobie – „Na pewno mam się przyłączyć do chóru”. Udał się na próbę i bardzo się rozczarował, gdyż tam, cierpliwie i uprzejmie powiedziano mu, że nie nadaje się do chóru z trzech powodów: po pierwsze, fałszował; po drugie nie rozróżniał tonacji; po trzecie brzmienie jego głosu bardziej przypominało zgrzyt gwoździa po blasze. Okazało się więc, że w wizji wcale nie chodziło o zapisanie się do chóru.
Wo nie wiedział, co robić dalej, ale zaczął się jakoś domyślać, że tutaj nie chodzi o to, co miał pod wpływem wizji konkretnie zdziałać, że tutaj chodziło o coś innego. Poza tym wizja powróciła innej nocy. Tym razem on o to prosił, mówiąc: „Kochany Duchu, to było niesamowite przeżycie, nie wiem, o co w nim chodziło, ale proszę, daj mi to doświadczy jeszcze raz”. I tak się stało. Tym razem jemu się wydawało, że jakoś był wewnątrz tej muzyki. To tak, jakby stać w środku grającej orkiestry, albo siedzieć wewnątrz grającej gitary. Można wtedy dokładnie czuć każde drgnienie dotykanych strun i płakać z rozkoszy i radości z nie tylko słuchowego przeżycia. Rocker albo muzyk jazzowy określiłby to byciem „lokcked in”, kiedy to wszyscy członkowie zespołu czują i grają to samo; idealne zespolenie. Wo wciąż trwał w wizji, rozpływając się z zachwytu. Było to najwspanialsze przeżycie, jakie było mu dane kiedykolwiek doświadczyć! Kiedy się obudził, zaczął mówić: „Boże, przecież to musi coś znaczyć. Musi mieć jakieś znaczenie! Nie możesz mnie zabierać gdzieś, żebym tam doświadczył czegoś tak wspaniałego i mówić, że to nic nie znaczy!”
Wo chodził po lesie i łąkach tam szukając odpowiedzi. Na łonie natury intuicja często dawała mu dobre podpowiedzi więc postanowił i tym razem jej posłuchać. Nie pomylił się. Tym razem intuicja przywiodła go na polanę. Polana była zalana promieniami słońca, w których trawa wydawała się szczególnie zielona w samym jej środku, w kręgu uczniów siedziała piękna kobieta. Otaczający ją uczniowie także byli piękni.
Wo zauważył, że była niemłoda, choć wyglądała jakoś mło-dzieńczo i była piękna. Jej uczniowie wyglądali tacy odprężeni i wszyscy wydawali się w tym samym wieku. Przez chwilę nic nie mówił, tylko słuchał. Zauważył, że niezależnie od odległości, nieznaną nauczycielkę było słychać bardzo dobrze, jakby sam wiatr słał jej głos do uszu Wo. Postanowił się nieco zbliżyć, lecz ona w ogóle nie zwracała na niego uwagi, nauczała dalej a jej uczniowie też się nie rozglądali, tylko uważnie słuchali. Wo przysiadł bliżej i zaczął się przysłuchiwać. Po chwili padło zdanie, które wznieciło w nim pewną reakcję, nauczycielka powiedziała swym uczniom: „Każdy z was urodził się wspaniały”. Wo nigdy się nad tym nie zastanawiał ani nigdy nie słyszał, by ktoś mówił coś podobnego. Ludzie, nawet ci najlepsi, najbardziej przykładni, w najlepszym przypadku uważają się za adekwatnych, ale nigdy za wspaniałych. Co powiedziała kobieta było więc w stosunku do charakterystyki Ludzi czymś niezwykłym. Prócz tego, sam jej głos był zdumiewający i można go było słuchać godzinami. Kobieta odwróciła się w jego kierunku i zapytała: „Wo, dlaczego nie przysiądziesz się bliżej?” Był tym pytaniem zdumiony, bardzo się zdziwił, że wiedziała jak ma na imię. Może widziała go wcześniej gdzieś na mieście i zdołała się dowiedzieć, jak się nazywa? Przecież znano go jako wziętego stolarza. Wo był zadowolony z życia, miał dobry fach, wiódł mu się dobrze. Może więc ktoś coś o nim mówił i wymienił z imienia i ona zapamiętała? „Na pewno od kogoś o mnie słyszała” - skwitował pod nosem, jednak był zaciekawiony i przysunął się bliżej.
Usiadł wprost naprzeciwko kobiety a ta go od razu zapytała: „Czy chciałbyś mi zadać jakieś pytanie?”
-Tak – odparł.
- Dobrze – przytaknęła – ale zróbmy to na takiej zasadzie: po każdym zadanym mi pytaniu ja także ci zadam jedno.
- Kim jesteś? – Wo zapytał najpierw.
- Jestem mędrczynią, tą, która jest żywą skarbnicą prastarej mądrości, kimś, kto potrafi poprawnie odpowiedzieć na każde zadane pytanie. Oto kim jestem. A teraz moja kolej. Wo się wyprostował i przygotował, sądził, że sobie poradzi, lecz zadała mu pytanie, którego zupełnie się nie spodziewał.
- Wo, czy słyszałeś tę muzykę? – badawczo podniosła nań wzrok.
- A skąd wiesz? – wymamrotał zaskoczony.
- Poczekaj, nie zadawaj mi następnego pytania, zanim nie od-powiedziałeś na moje – uśmiechnęła się.
- To teraz zadam ci jeszcze jedno.
- Nie, nie, - wyjąkał – powiedz, skąd wiesz, że słyszałem tę muzykę?
- Wo, taka muzyka jest w każdym – odparła.
Wo się zamyślił. Och, to znaczy, że każdy Człowiek na Ziemi może mieć taką samą zdumiewającą wizję, może doświadczyć tego, co ja.
- Cudownie! Dla mnie to niesamowite odkrycie! - odparł.
- A teraz zadam ci pytanie związane z twoim, gotowy?
- Tak.
- Wo, jak brzmi twoje oznajmienie?
Zdumiał się, pytała go o jakieś oznajmienie. Co to takiego? Mędrcy są znani z cierpliwości i kobieta także cierpliwie czekała na odpowiedź. Zapadła długa cisza, po czym Wo nareszcie zaczął mówić. W jego umyśle powstawało wiele obrazów rzetelności, prawości, tego, czym naprawdę mogło być oznajmienie. Zastanawiał się nad tym wszystkim, mówiąc do siebie: „Jak brzmi moje oznajmienie w tej chwili, kiedy siedzę w obliczu mędrczyni, która zdaje się mnie znać lepiej niż ja sam siebie? Zdawał sobie sprawę z tego, że siedział w obecności kogoś starego i mądrego, kto dawał mu szansę na oznajmienie własnej prawdy oraz że wcale nie musiał się z tą odpowiedzią spieszyć.
Uczniowie też milczeli, nigdy nie wtrącali się w żadne dyskusje, po prostu siedzieli u stóp nauczycielki. Nareszcie poczuł się gotów, zaczął się domyślać, o co jej chodziło, kiedy zadała mu to pytanie.
Wstając z miejsca i się prostując Wo odrzekł – „Droga mędrczyni, oto moje oznajmienie: Ja chcę więcej”.
- I tak będzie! – uśmiechnęła się ciągnąc dalej – przychodź częściej i nauczę cię więcej.
Wo wrócił do domu bardzo zadowolony, że dzięki intuicji i synchronii znalazł kogoś, kto go będzie uczył go dalej. Cieszył się także z treści tej nauki, która skupiała się na zagadnieniu jego własnej wspaniałości, potwierdzała, że urodził się wspaniały. Wszystko to rozbrzmiewało w nim prawdą i kiedy nareszcie położył się spać, znów usłyszał muzykę.
Tym razem, prócz samej muzyki widział jeszcze inne rzeczy, zobaczył swoje otoczenie tak, jakby muzyka grała nawet wtedy, kiedy siedział w pracy, czy po prostu szedł sobie ulicą. Zobaczył, jak inni zauważali jego światło i się zatrzymywali w pół kroku. Stawali wtedy, jakby przykuci do miejsca, ale chyba nie słyszeli samej muzyki, gdyż się w jej kierunku nie odwracali, choć jej brzmienie chyba jakoś na nich wpływało. Oni się zatrzymywali, a on ją słyszał, tę równocześnie liryczną i heroiczną melodię, która sprawiała, że stawał się dumny z siebie oraz wypełniał się miłosierdziem. Słuchając, ponownie się rozpłakał ze wzruszenia. Muzyka była po prostu niewiarygodnie piękna. Przeżycie to od nowa zdefiniowało pod względem prawdy i piękna wszystko, o co kiedykolwiek będzie prosił w przyszłości.
Kochani zastanówcie się, co sami byście poczuli, kiedy także nagle zaczęlibyście słyszeć dźwięki takiej nieziemskiej, idealnie pięknej muzyki, którą choć słychać, to nie wiadomo, skąd pochodzi? Jest ona tak piękna, że wszystko, czego pragniecie, to słuchać jej nieprzerwanie, pragnąc jej mieć jej w życiu coraz więcej i więcej. Potem wszystko ucichło.
Wo z powrotem poszedł zobaczyć się z Mędrczynią. I jak tylko wszedł na znajomą leśną polanę zaproszono go, aby usiadł bliżej. Zaczęła opowiadać mu więcej rzeczy, a wszystko to stanowiło dla niego wielką i wspaniałą nowość. Wo nauczył się od niej wiele prawd. Sama nauka odbywała się powoli i stopniowo, aż pewnego razu znowu zdobył się na odwagę, aby się zapytać: „Proszę, powiedz mi coś więcej o tej muzyce”.
Odpowiedziała mu na to tak: „Większość Ludzi nie rozumie, że są jak cebula, którą najpierw trzeba obrać. Łupina po łupinie trzeba wyzbyć się wszystkiego, czego się wcześniej nauczono, gdyż nic z tych rzeczy nie zupełnie są prawdą. Obierając te łupiny, każdy dochodzi do zasadniczych prawd tkwiących w jego własnej świadomości. Obiera się więc wszystko, co czego nauczono się od innych, obiera się stare przyzwyczajenia i nawyki myślowe. Obiera się stare obawy tak długo, aż nareszcie dochodzi się własnego, pozbawionego wszelkich lęków rdzenia własnego istnienia. Dopiero wtedy każdy odkrywa, że każda Istota Ludzka jest muzyką”.
- Wo, jak brzmi twoje oznajmienie?
- Chcę więcej, chcę coraz więcej – odparł.
I tak dalej potoczyło się życie Wo. Wrócił z lasu do miasteczka w którym wciąż żył i pracował. Rozumiał już, że ta muzyka to on sam. Jak to możliwe? Otóż zaczął na jawie słyszeć tę dźwięczność i pewne bohaterskie motywy. Teraz słyszał to wszystko w tle życia codziennego i za każdym razem, kiedy się na tym łapał, na jego twarzy pojawiał się uśmiech i czuł się wtedy wspaniały!
Następnie, Wo zrozumiał także, iż rzeczywiście żyje wewnątrz wielkiej gitary, stoi w samym środku orkiestry grającej niego samego, niczym wspaniałą symfonię, którą transmitował wszędzie, dokąd by się nie udał. Niektórzy ją słyszeli, inni zaś nie, wszyscy jednak się pod jej wpływem zatrzymywali i jakoś ją odbierali. Wielu zauważyło, jak od pewnego czasu Wo się bardzo odmienił, stał się jakoś bardziej wspaniały, jakby miał w sobie coś świętego, pięknego i ogromnie miłosiernego. Stał się po prostu inny. Za niedługo i wokół niego zebrali się uczniowie i zaczął ich nauczać. Nauczał o znaczeniu miłości do Ziemi, na czym polega zrozumienie własnej wspaniałości? Co oznacza stanie się jednością ze Wszystkim, Co Jest? Co oznacza odkrycie, że Stwórca jest o wiele większy od tego, co na Jego temat kiedykolwiek nauczano? Co oznacza wiedza o celowości własnego życia na Ziemi?
Wo jeszcze raz poszedł na polanę, aby spotkać się z Mędrczynią, gdyż pragną wiedzieć coś więcej i zadać jej jeszcze jedno pytanie. Szedł, ochoczo wspinając się na pagórek, z którego widać było dolinkę z polaną o szmaragdowo zielonej trawie, w samym środku której, otoczona wianuszkiem uczniów, zwykle nauczała... ale jej już tam nie było. Zamiast Mędrczyni, w samym środku polany, wśród bujnej, soczystej trawy stało prastare, ogromne drzewo otoczone kwiatami. To sama Gaja go nauczała! Wo się uśmiechnął i usiadł w jego cieniu natychmiast uzmysławiając sobie, że nawet postać nauczycielki była wizją, tak samo, jak wizją byli jej uczniowie, którzy teraz jawili się przed jego oczami jako kwiaty. Pragnę, abyście dobrze zapamiętali, co się stało dalej, gdyż świadczy to dojrzałości Wo.
Ochoczo podszedł bliżej i usiadł tuż pod nim bezpośrednio mu oznajmiając: „Chcę wiedzieć więcej!” Wo słyszał jak w odpowiedzi zaszeleściły na wietrze liście, jak w tym szeleście dało się słyszeć odpowiadający mu głos. Siedział tak godzinami, wsłuchiwał się w odgłosy natury, odbierając nauki bezpośrednio od Gai. Na tym zakończmy naszą opowieść i zostawmy Wo.
Kochani, czy doprawdy muszę wam tłumaczyć znaczenie tej przypowieści? Każdy z was jest wspaniały, każdy ma do obrania własną cebulę. Z każdą obraną łupiną coraz mniej zaczynacie obawiać się życia. Wszytko, co wcześniej było postrzegane błędnie wychodzi na wierzch, zaczyna wydobywać się z was miłość i miłosierdzie, stajecie się coraz bardziej rzetelni i zdobywacie zrozumienie tego, kim jesteście naprawdę. Co więcej, zaczynacie także dostrzegać światło własnego, bohaterskiego życia, jak zaprawdę w oczach Stwórcy, każdy z was jest wspaniały. Zyskujecie zrozumienie, iż ta wspaniałość jest prawdziwym wizerunkiem, na którego wzór jesteście stworzeni, że wizerunek ten tkwi wewnątrz każdego z was.
Zaczynacie wtedy rozumieć także, że najcudowniejsze wizje wcale nie są zsyłane przez anioły, lecz tkwią głęboko w waszym własnym wnętrzu. Niektórzy ze zgromadzonych przede mną na tej sali mieli podobne wizje i doświadczenia, do tych, o których mowa. Opowiedziana przeze mnie historia to opowieść o samoświadomości, o zwycięstwie nad fałszywą rzeczywistością, według której jesteście nikim, ofiarami życia na Ziemi. Obierzcie te ciemne, niegodne waszej wspaniałości łupiny!
Koniec opowiadania na dzisiaj. Kochani, to coś więcej, jak tylko opowieść, jest to wewnętrzna symfonia zdolna odmienić życie każdego z was.
I tak jest.
- Kryon
Tł. Julita Gonera

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Witam was kochani, Jam Jest Kryon

  Witam was kochani, Jam Jest Kryon ze służby magnetycznej. Wsłuchajcie się w szelest wiatru i szum morza. Te rzeczy powinny was napełnić ...