Strony

czwartek, 11 kwietnia 2019

ŚWIADOMOŚĆ: WYJŚCIE Z BÓLU

Obraz może zawierać: 1 osoba

Potęga teraźniejszości
Autor - Eckhart Tolle

Rozdział drugi

ŚWIADOMOŚĆ: WYJŚCIE Z BÓLU

Nie przysparzaj bólu

Nikomu nie udaje się całkiem uniknąć bólu i smutku. Czy nie chodzi raczej o to, żeby nauczyć się z nimi żyć niż ich unikać?

Ludzie na ogół cierpią niepotrzebnie. Sami stwarzają swój ból, dopóki umysł nie poddany obserwacji kieruje ich życiem.

Ból stwarzany tu i teraz bierze się zawsze z pewnego rodzaju niezgody, z bezwiednego oporu wobec tego, co jest. Na poziomie myślowym opór ten przybiera postać osądu. Na poziomie emocjonalnym będzie to taka czy inna postawa negatywna. Nasilenie bólu zależy od natężenia oporu stawianego teraźniejszości, ono zaś z kolei zależy od tego, jak bardzo utożsamiasz się z własnym umysłem. Umysł zawsze stara się negować teraźniejszość i przed nią uciekać. Innymi słowy, im moc-niej utożsamiasz się z umysłem, tym więcej cierpisz. Można też powiedzieć, że im bardziej szanujesz i uznajesz teraźniejszość, tym skuteczniej wyzwalasz się spod władzy bólu i cierpienia – a także egotycznego umysłu.

Dlaczego umysł ma zwyczaj zaprzeczać teraźniejszości i wzbraniać się przed nią? Otóż dlatego, że nie może funkcjonować po swojemu ani sprawować władzy, gdy nie istnieje czas – czyli przeszłość i przyszłość; nie poddane czasowi Teraz wydaje mu się więc groźne. Czas i umysł stanowią w gruncie rzeczy niepodzielną całość.

Wyobraź sobie ziemię bez ludzi, zamieszkaną wyłącznie przez rośliny i zwierzęta. Czy na takiej planecie nadal istniałaby przeszłość i przyszłość? Czy można by na niej w jakikolwiek sensowny sposób mówić o czasie? Pytania w rodzaju „Która godzina?” lub „Który dzisiaj?”– gdyby w ogóle ktoś jeszcze mógł je zadać – nic by nie znaczyły. Taki na przykład dąb czy orzeł przyjąłby je bez odrobiny zrozumienia. „Jaka znowu godzina?” – zdziwiłby się. „Przecież to jasne, że teraz jest teraz. Cóż poza tym istnieje?”

Umysł i czas są nam, owszem, potrzebne do funkcjonowania w tym świecie, ale w pewnej chwili przejmują władzę nad naszym życiem i właśnie wtedy pojawiają się w nim rozmaite zaburzenia, ból i smutek.

Aby zapewnić sobie trwałą władzę, umysł nieustannie usiłuje przesłonić teraźniejszość przeszłością i przyszłością. W ten sposób żywotność i nieskończone możliwości twórcze Istnienia, nierozdzielnie związane z obecną chwilą, przesłania czas, a twoją prawdziwą naturę – umysł. W ludzkim umyśle gromadzi się coraz cięższe brzemię czasu. Wszyscy pod nim się uginają, zarazem jednak powiększają je, ilekroć ignorują lub negują drogocenną teraźniejszość lub wyznaczają jej skromną rolę narzędzia, pozwalającego im dotrzeć do którejś z następnych chwil, choć te istnieją jedynie w umyśle, a nigdy w rzeczywistości. Czas, nagromadzony zarówno w umysłowości zbiorowej, jak i w umysłach poszczególnych osób, zawiera też niezmierzone osady bólu, wyniesionego z przeszłości.

Jeśli pragniesz zaniechać przysparzania cierpień sobie i innym, jeśli nie chcesz pomnażać osadów zastarzałego bólu, który wciąż w tobie żyje, przestań stwarzać czas, a przynajmniej twórz go tylko tyle, ile koniecznie potrzebujesz, żeby uporać się z praktyczną stroną życia. Jak można przestać tworzyć czas? Głęboko sobie uświadom, że obecna chwila jest wszystkim, co kiedykolwiek będzie ci dane. Skup całe swoje życie w teraźniejszości. Byłeś dotąd mieszkańcem czasu i składałeś w niej tylko przelotne wizyty, ale od dziś zamieszkaj w niej na stałe, a przeszłość i przyszłość odwiedzaj jedynie na krótko, ilekroć okaże się, że musisz się zająć którymś z praktycznych aspektów swojej sytuacji życiowej. Zawsze mów „tak” bieżącej chwili. Cóż może być bardziej daremne, bardziej szalone niż stwarzanie w sobie wewnętrznego oporu wobec czegoś, co i tak już jest? Czyż może istnieć gorszy obłęd niż przeciwstawianie się samemu życiu, które teraz i zawsze trwa teraz? Poddaj się temu, co j e s t. Powiedz życiu „tak” – a zobaczysz, że nagle zacznie ono działać na twoją korzyść, zamiast przeciwko tobie.

Teraźniejszość bywa nieznośna, niemiła albo wręcz okropna.

Jest, jaka jest. Zauważ, jakie umysł przykleja jej etykietki i jak z tego nieustannego metkowania, z ciągłego ferowania wyroków powstaje ból i zgryzota. Kiedy obserwujesz działanie umysłu, wydostajesz się z jego utartych kolein, wyzwalasz spod władzy schematów, wedle których umysł zwykle stawia opór, i nareszcie możesz pozwolić teraźniejszości zaistnieć. Daje ci to pewien posmak wewnętrznej swobody, wyzwolenia spod tyranii zewnętrznych okoliczności, prawdziwego spokoju wewnętrznego. Zobacz, co się wtedy dzieje, i dopiero potem działaj, jeśli okaże się to potrzebne lub możliwe. Zaakceptuj – a później działaj. Zgódź się na wszystko, co niesie z sobą teraźniejsza chwila, tak jakbyś sam ją skomponował. Zawsze działaj z nią w zgodzie, nigdy wbrew. Zaprzyjaźnij się z nią i sprzymierz, zamiast wypowiadać wojnę. Twoje życie ulegnie dzięki temu cudownej przemianie.

Ból zadawniony: rozpuszczanie ciała bolesnego

Dopóki potęga teraźniejszości jest ci niedostępna, każde bolesne emocjonalnie doznanie pozostawia po sobie osad cierpienia. Żyje ono w tobie jeszcze długo po fakcie, miesza się z zadawnionym bólem, który wcześniej w sobie miałeś, i wrasta w umysł i ciało. Zasada ta oczywiście dotyczy także wszystkiego, co wycierpiałeś w dzieciństwie z powodu nieświadomości świata, w którym zdarzyło ci się urodzić.

Z nagromadzonego bólu powstaje negatywne pole energetyczne, wypełniające twoje ciało i umysł. Jeśli masz wrażenie, że jest to niewidzialny, odrębny byt, niewiele się mylisz. Z bólu emocjonalnego powstaje bowiem ciało bolesne. Ma ono dwa tryby istnienia: utajony i czynny. U jednej osoby może przez dziewięćdziesiąt procent czasu pozostawać w uśpieniu, natomiast u innej, głęboko nieszczęśliwej, potrafi być stale aktywne. Niektórzy ludzie uczestniczą w życiu niemal wyłącznie za pośrednictwem swojego ciała bolesnego, inni zaś mogą odczuwać jego obecność tylko w pewnych okolicznościach – na przykład w związkach osobistych albo w sytuacjach kojarzących się z niegdysiejszą stratą lub porzuceniem, z fizycznym bądź emocjonalnym zranieniem itp. Ciało bolesne może dać znać o sobie pod wpływem jakiegokolwiek bodźca, zwłaszcza gdy uruchamia on echa dawnej bolesnej prawidłowości. Kiedy gotowe jest zbudzić się ze snu, wystarczy myśl czy też niewinna uwaga kogoś z najbliższego otoczenia, żeby je uruchomić.

Niektóre ciała bolesne są nieznośne, ale stosunkowo mało szkodliwe – trochę jak rozkapryszone dziecko. Zdarzają się też jednak złośliwe, niszczycielskie potwory, istne demony. Część z nich posługuje się przemocą fizyczną, ale znacznie liczniejsze uciekają się do przemocy w sferze emocjonalnej. Jedne napastować będą ludzi z twojego bliższego lub dalszego otoczenia, podczas gdy inne zaatakują ciebie – swojego żywiciela. Myśli i uczucia, które budzi w tobie własne życie, przybierają wtedy głęboko negatywny, autodestrukcyjny odcień. Często bywa to przyczyną schorzeń i nieszczęśliwych wypadków. Niektóre ciała bolesne doprowadzają swoich żywicieli do samobójstwa.

Czasem wydaje ci się, że kogoś dobrze znasz, i nagle stajesz oko w oko z tym obcym, wstrętnym stworem. Za pierwszym razem czeka cię spory szok. Ważniejsze jest jednak obserwowanie własnego ciała bolesnego aniżeli cudzych. Zauważaj w sobie wszelkie przejawy niezadowolenia: irytację, zniecierpliwienie, zasępienie, chęć czynienia krzywdy, gniew, przygnębienie, pragnienie, żeby w twoim związku osobistym pojawiła się nuta dramatu. Mogą one znaczyć, że ciało bolesne próbuje zbudzić się z uśpienia. Jeśli rzeczywiście się zbudzi, natychmiast je na tym przyłap.

Ciało bolesne walczy o przetrwanie – tak jak każdy byt. Przetrwać zaś zdoła tylko pod warunkiem, że skłoni cię, abyś bezwiednie z nim się utożsamił. Może wtedy wychynąć z ukrycia, przejąć władzę, „stać się tobą” i za twoim pośrednictwem żyć. Potrzebuje ciebie jako narzędzia zdobywania „pokarmu”. Będzie się żywiło każdym doznaniem, które wibruje pokrewną mu energią – wszystkim, co rodzi nowy ból pod jakąkolwiek postacią: gniewu, skłonności niszczycielskich, nienawiści, rozpaczy, dramatycznych emocji, przemocy, a nawet choroby. Gdy więc ciało bolesne tobą zawładnie, stworzy ci sytuację, która odbije ku niemu energię, nastrojoną na jego własną częstotliwość, żeby mogło się nią karmić. Ból może się żywić tylko bólem. Nie może się żywić radością. Po prostu jej nie trawi.

Z chwilą gdy ciało bolesne przejmie władzę nad tobą, twój apetyt na ból wzrośnie. Staniesz się ofiarą lub oprawcą. Zechcesz zadawać cierpienie albo cierpieć – jedno drugiego zresztą nie wyklucza: tak naprawdę niewielka to różnica. Oczywiście nie jesteś tego świadom i będziesz twierdził z zapałem, że wcale bólu nie pragniesz. Ale jeśli uważniej się przyjrzysz, zobaczysz, że twoje myślenie i zachowanie podporządkowane jest temu, aby ból nie ustawał – zarówno twój własny, jak i cudzy. Gdybyś był tego świadom, cały ten schemat by się rozsypał, bo trzeba być obłąkanym, żeby pragnąć bólu, a nikt nie jest obłąkany świadomie.

Ciało bolesne – mroczny cień ego – boi się blasku świadomości. Boi się, że wyjdą na jaw jego matactwa. Warunkiem przetrwania ciała bolesnego jest twoje bezwiedne utożsamienie z nim i nieświadomy lęk przed konfrontacją z bólem, który w tobie żyje. Ale jeśli nie spojrzysz temu bólowi prosto w oczy, jeśli nie opromienisz go blaskiem świadomości, będziesz musiał raz po raz na nowo go przeżywać. Ciało bolesne może ci się wydawać niebezpiecznym potworem, na którego nie masz od-wagi spojrzeć, ale zapewniam cię: to tylko zwiewne widmo, nie oprze się zatem potędze twojej przytomności.

Wedle niektórych nauk duchowych wszelki ból to w gruncie rzeczy tylko złudzenie. Owszem, prawda. Ale czy przekonałeś się o tym na własnej skórze? Sama wiara nie wystarczy, żeby stało się to dla ciebie prawdą. Chcesz do końca życia cierpieć ból i twierdzić, że jest złudny? Czy to cię od niego uwalnia? Szukamy tu sposobu, żeby ta prawda stała się dla ciebie faktem – autentycznym doświadczeniem.

A zatem ciało bolesne nie chce, żebyś je miał pod bezpośrednią obserwacją i widział takim, jakie jest. Kiedy zaczynasz je obserwować, kiedy czujesz w sobie pole jego energii i ogarniasz je uwagą, pryska łącząca cię z nim więź utożsamienia. Pojawia się wyższy wymiar świadomości: przytomna obecność. Jesteś teraz świadkiem, obserwatorem poczynań ciała bolesnego. Znaczy to, że nie może ono już cię wykorzystywać, podszywając się pod ciebie, ani regenerować się, czerpiąc z ciebie soki. Odnalazłeś najgłębsze źródło siły wewnętrznej. Dotarłeś do potęgi teraźniejszości.

Co się dzieje z ciałem bolesnym, gdy osiągamy wystarczającą świadomość, żeby przestać z nim się utożsamiać?

Nieświadomość stwarza ciało bolesne; świadomość przemienia je w samą siebie. Pięknie sformułował tę uniwersalną zasadę święty Paweł: „Każda rzecz jawną się staje, gdy tylko wydobyć ją na światło, a wszystko, co ku światłu zostało wydobyte, samo też w światło się przeistacza”. Podobnie jak nie da się walczyć z ciemnością, tak i z ciałem bolesnym walczyć nie sposób. Próba podjęcia takiej walki wywołałaby konflikt wewnętrzny, a tym samym spowodowała jeszcze większy ból. Wystarczy je obserwować. Kiedy obserwujemy ciało bolesne, akceptujemy je jako jedną z rzeczy, które w danej chwili istnieją.

Ciało bolesne zbudowane jest z uwięzionej energii życiowej, która odszczepiła się od całości twojego pola energetycznego i zyskała chwilową autonomię w wyniku nienaturalnego procesu utożsamienia z umysłem. Zwróciło się przeciwko sobie i stało się wrogie życiu, niby zwierzę, próbujące pożreć własny ogon. Jak sądzisz, czemu nasza cywilizacja tak niszczycielsko obchodzi się z życiem? Skądinąd jednak nawet w siłach, które życie niszczą, przejawia się energia życiowa.

Kiedy zaczniesz się wyzbywać poczucia tożsamości z ciałem bolesnym i staniesz się obserwatorem, ciało to jeszcze przez pewien czas będzie działało, próbując podstępem cię skłonić, żebyś znów z nim się utożsamił. Chociaż nie zasilasz go już energią poprzez utożsamienie, nadal ma pewien impet – trochę jak kołowrotek, który wciąż się obraca, mimo że już od paru chwil nikt nie naciska pedału. Na tym etapie może też powodować bóle fizyczne w różnych częściach ciała, ale dolegliwości te niebawem ustąpią. Bądź obecny tu i teraz, bądź świadom. Pozostań wiecznie czujnym strażnikiem swojej przestrzeni wewnętrznej. Musisz być na tyle obecny, żebyś mógł bezpośrednio obserwować ciało bolesne i czuć jego energię. Nie będzie wtedy miało władzy nad twoim myśleniem. Lecz gdy tylko zestroisz myślenie z polem energetycznym ciała bolesnego, utożsamisz się z nim i znów zaczniesz je zasilać własnymi myślami.

Na przykład jeśli dominującą częstotliwością energii ciała bolesnego jest gniew, a ty, zaprzątnięty gniewnymi myślami, rozpamiętujesz coś, co ci kiedyś zrobiono, albo planujesz odwet, znaczy to, że straciłeś świadomość i ciało bolesne stało się „tobą”. Gniew bowiem zawsze podszyty jest bólem. To znów ogarnia cię mroczny nastrój, wpadasz w negatywny tryb umysłu i zaczynasz rozmyślać nad tym, jakie okropne masz życie: twoja myśl zestraja się z ciałem bolesnym, ty zaś tracisz świadomość i jesteś narażony na ataki z jego strony. Przez utratę świadomości rozumiem tu utożsamienie z jakąś kliszą umysłową lub emocjonalną, czyli całkowitą nieobecność obserwatora.

Nieustannie podtrzymywana uwaga przecina łączność między ciałem bolesnym a twoimi procesami myślowymi i powoduje przemianę. Ból, rzec by można, staje się paliwem, podsycającym płomień świadomości, który dzięki temu jeszcze bardziej jaśnieje. To właśnie jest ezoteryczny sens pradawnej sztuki alchemii: przeistoczenie metalu nieszlachetnego w złoto, czyli cierpienia w świadomość. Wewnętrzne rozdarcie zostaje uleczone, a ty znów zrastasz się w jedną całość. Masz odtąd uważać, żeby nie przysparzać już bólu.

Przypomnę pokrótce, jak przebiega cały ten proces. Najpierw skup uwagę na tym, co w sobie czujesz. Zrozum, że uczucie to jest ciałem bolesnym. Pogódź się z jego obecnością. Nie m y ś l o nim – nie pozwól, żeby czucie ustąpiło miejsca myśleniu. Nie osądzaj ani nie analizuj. Nie twórz sobie z tego tożsamości. Bądź tu i teraz, wytrwale obserwuj to, co się w tobie dzieje. Uświadom sobie nie tylko obecność emocjonalnego bólu, lecz i obserwatora, milczącego świadka. Na tym właśnie zasadza się potęga bieżącej chwili, potęga twojej świadomej obecności. Sam zobacz, co się dalej stanie.

U wielu kobiet ciało bolesne budzi się zwłaszcza w okresie poprzedzającym miesiączkę. W dalszych partiach książki dokładniej omówię to zjawisko i jego przyczyny. Na razie powiem tylko tyle: jeśli zdołasz w okresie tym pozostać czujna i obecna, jeśli zdołasz obserwować wszystko, co w sobie czujesz, zamiast oddawać się we władzę uczuć, odbędziesz przy okazji wyjątkowo potężną praktykę duchową, umożliwiającą błyskawiczne przetworzenie całego zadawnionego bólu.

Ego utożsamione z ciałem bolesnym

Proces, który przed chwilą opisałem, niesie z sobą wielką potęgę i głębię, a zarazem jest bardzo prosty. Można by tego nauczyć dziecko; mam zresztą nadzieję, że będzie to kiedyś jeden z podstawowych przedmiotów szkolnych. Gdy już pojmiesz, że przede wszystkim musisz być obecny jako obserwator tego, co się w tobie dzieje – i „zrozumiesz” tę zasadę poprzez doświadczalne poznanie – dostaniesz do ręki najpotężniejsze narzędzie przemiany.

Mimo to może się okazać, że perspektywa zerwania więzi tożsamości, łączącej cię z własnym bólem, budzi w tobie silny opór. Prawdopodobieństwo wystąpienia takiej sytuacji jest szczególnie duże, jeśli przez większość życia mocno utożsamiałeś się ze swoim emocjonalnym ciałem bolesnym i twoje poczucie własnego „ja” w całości albo w znacznej mierze opiera się na tym utożsamieniu. Innymi słowy, z ciała bolesnego zbudowałeś sobie nieszczęśliwe „ja” i wierzysz, że jesteś właśnie tą zrodzoną z umysłu fikcją. A skoro tak, to pod wpływem nieświadomego lęku przed utratą tożsamości pojawi się w tobie silny opór wobec wszelkich prób zerwania tej relacji utożsamienia. Inaczej mówiąc, będziesz wolał cierpieć – b y ć ciałem bolesnym – niż dać susa w nieznane, ryzykując utratę swojskiego, nieszczęśliwego „Ja”.

Jeśli tak właśnie z tobą sprawy się mają, obserwuj opór, który w sobie czujesz. Obserwuj przywiązanie do własnego bólu.

Bądź bardzo czujny. Obserwuj tę szczególną przyjemność, jaką sprawia ci własna zgryzota. Obserwuj przemożną chęć mówienia lub myślenia o niej. Opór ustanie, jeśli go sobie uświadomisz. Będziesz mógł wtedy skupić uwagę wewnątrz ciała bolesnego, trwając przy nim jako przytomny świadek, i w ten sposób zapoczątkować jego przemianę.

Tylko ty sam możesz to zrobić. Nikt cię nie wyręczy. Ale jeśli będziesz miał szczęście spotkać kogoś, kto osiągnął wysoką moc świadomości, jeśli uda ci się towarzyszyć temu komuś i dzielić z nim jego przytomną obecność, może ci to pomóc, a już na pewno przyspieszy bieg wydarzeń. Twoje własne światło szybko dzięki temu zajaśnieje. Gdy polano, które dopiero zaczęło się palić, położymy obok drugiego, buzującego wielkim ogniem, a po chwili znów oba te polana rozdzielimy, to pierwsze będzie bardziej rozpalone niż było na początku. W obu płonie przecież ten sam ogień. Nauczyciel duchowy odgrywa między innymi rolę takiego właśnie ognia. Zadanie to potrafią również spełnić niektórzy terapeuci, pod warunkiem, że wznieśli się nad poziom umysłu i, pracując z klientem, umieją wzbudzić w sobie i utrzymać stan intensywnej, świadomej obecności.

Pochodzenie lęku

Wspomniałeś o lęku jako o składowej naszego fundamentalnego bólu emocjonalnego. Jak powstaje lęk i czemu w ludzkim życiu jest go aż tyle? Czy pewna doza lęku nie jest zdrowym przejawem instynktu samozachowawczego? Gdybym nie lękał się ognia, mógłbym włożyć rękę w płomienie i się poparzyć.

To nie lęk powstrzymuje cię przed wkładaniem ręki w ogień, tylko świadomość, że byś się w ten sposób poparzył. Wcale nie trzeba się bać, aby uniknąć zbędnych niebezpieczeństw: wystarczy minimum inteligencji i zdrowego rozsądku. W ludzkich praktycznych kwestiach warto stosować naukę, wyniesioną z przeszłości. Gdyby natomiast ktoś groził ci ogniem albo przemocą fizyczną, mógłbyś poczuć coś w rodzaju lęku. Byłoby to jednak instynktowne cofanie się przed niebezpieczeństwem, a nie czysto psychiczny lęk, o którym tutaj mówimy. Lęk psychiczny nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek konkretnym, prawdziwym, bezpośrednim zagrożeniem. Przybiera najrozmaitsze formy: skrępowania, niepokoju, zatroskania, nerwowości, napięcia, zgrozy, fobii itp. Ten typ lęku psychicznego zawsze dotyczy czegoś, co dopiero może się zdarzyć, a nie czegoś, co właśnie się dzieje. Ty jesteś tu i teraz, podczas gdy twój umysł buja w przyszłości. Powstaje w ten sposób lękowy rozziew. Jeśli utożsamiasz się z umysłem, a straciłeś z oczu potęgę i prostotę teraźniejszości, rozziew lękowy będzie ci stale towarzyszył. Zawsze jakoś sprostasz bieżącej chwili, ale nie czemuś, co jest tylko projekcją umysłu: nie sprostasz przyszłości.

Co gorsza – jak już wspomniałem – dopóki utożsamiasz się z własnym umysłem, twoim życiem kieruje ego. Z racji swojej widmowej natury jest ono – pomimo skomplikowanych mechanizmów obronnych – bardzo uraźliwe, niepewne siebie i przekonane, że stale coś mu zagraża. Nawiasem mówiąc, dzieje się tak nawet wtedy, gdy ego stwarza pozory wielkiego zadufania w sobie. Pamiętamy, że emocja jest reakcją ciała na poczynania umysłu. A jakiż to komunikat nieustannie przekazuje ciału ego – to fałszywe „ja”, które umysł zmajstrował? „Uwaga, coś mi grozi”. Jaką zaś emocję wywołuje ten ciągły sygnał? Oczywiście lęk.

Na pozór miewa on rozmaite przyczyny. Jest lęk przed stratą, lęk przed porażką, lęk przed zranieniem itd., ale w gruncie rzeczy każdy rodzaj lęku to po prostu strach ego przed śmiercią, zagładą. Z punktu widzenia ego śmierć nieustannie czyha tuż za rogiem. Gdy utożsamiasz się z umysłem, lęk przed śmiercią wywiera wpływ na wszystkie aspekty twojego życia. Nawet coś tak pozornie trywialnego i „normalnego” jak przemożna chęć stawiania na swoim i udowadniania, że rozmówca nie ma racji – obrona postawy umysłowej, z którą się utożsamiłeś – bierze się z lęku przed śmiercią. Jeśli utożsamiasz się z jakąś postawą umysłową i nagle się okazuje, że jesteś w błędzie, twoje oparte na tożsamości z umysłem poczucie „ja” staje w obliczu groźby unicestwienia. Ty jako ego nie możesz więc sobie pozwolić na to, żeby nie mieć racji. Być w błędzie znaczy umrzeć. Wiele wojen stoczono o to, kto ma słuszność, i z tegoż powodu rozpadło się niezliczone mnóstwo związków.

Kiedy nie utożsamiasz się już z umysłem, to, czy masz rację, czy nie, w żaden sposób nie wpływa na twoje poczucie „Ja”, przestajesz więc odczuwać potężny i zupełnie nieświadomy przymus dowodzenia własnej słuszności – który jest wszak formą przemocy. Potrafisz wtedy wyrazić swoje uczucia i myśli jasno i stanowczo, ale bez żadnych agresywnych ani obronnych zagrań. Twoje poczucie „ja” wyrasta wówczas bynajmniej nie z umysłu, lecz z głębszych, prawdziwszych rejonów w tobie samym. Wystrzegaj się odruchów obronnych. Czego właściwie bronisz? Złudnej tożsamości, obrazu, który nosisz w umyśle, bytu urojonego. Uświadamiając sobie ten nawyk, obserwując go, uwalniasz się od tożsamości z nim. W blasku twojej świadomości bezwiedny dotychczas schemat myślowy szybko się ulotni. Kończą się wtedy wszelkie spory i gry o władzę, które tak niszcząco wpływają na związki między ludźmi. Władza nad innymi to w istocie słabość, udająca siłę. Prawdziwa moc tkwi wewnątrz i możesz do niej dotrzeć choćby teraz.

A zatem każdemu, kto utożsamia się z umysłem, czyli jest odłączony od źródła swojej prawdziwej mocy – głębszego „ja”, zakorzenionego w Istnieniu – stale towarzyszy lęk. Ludzi, którzy przekroczyli granice umysłu jest jak dotąd bardzo niewielu, możesz więc przyjąć założenie, że na dobrą sprawę każdy, kogo spotykasz czy znasz, żyje w ciągłym lęku. Różne bywa tylko jego nasilenie. Na jednym biegunie będzie to niepokój i zgroza, na drugim – nieokreślone skrępowanie i poczucie jakiejś odległej groźby. Większość ludzi uświadamia sobie ten lęk dopiero wtedy, gdy przybiera on jedną z ostrzejszych postaci.

Ego w poszukiwaniu pełni

Kolejnym aspektem bólu emocjonalnego, nieodłącznie wpisanym w działanie egotycznego umysłu, jest głęboko zakorzenione poczucie braku pełni: niedostatku. Jedni uświadamiają je sobie, inni żywią je bezwiednie. U tych pierwszych przejawia się ono jako dojmujące wrażenie, że na coś nie zasługują albo do czegoś nie dorastają. U tych drugich daje natomiast znać o sobie tylko pośrednio, w formie silnego łaknienia, pragnienia czy tęsknoty. Jedni i drudzy nierzadko poddają się przymusowi, który nakazuje im ulegać zachciankom ego i gonić za czymś, z czym na krócej lub dłużej będą mogli się utożsamić, żeby wypełnić odczuwaną wewnątrz pustkę. Zabiegają więc o dobra materialne, pieniądze, sukcesy, władzę, uznanie lub przywileje, a wszystko głównie po to, żeby mieć o sobie lepsze wyobrażenie, poczuć się kimś pełniejszym niż dotąd. Lecz nawet jeśli udaje im się osiągnąć zamierzony cel, wkrótce stwierdzają, że pustka jest tam, gdzie była, wciąż tak samo bezdenna. I dopiero wtedy mają naprawdę wielki kłopot, bo już nie mogą dłużej robić sobie złudzeń. A raczej owszem, mogą i nawet robią, ale z coraz większym trudem.

Dopóki twoim życiem kieruje umysł egotyczny, nie możesz poczuć się naprawdę swobodnie; nie możesz osiągnąć spokoju ani spełnienia – chyba że na tę krótką chwilę, która następuje tuż po zaspokojeniu kolejnej zachcianki. Ponieważ ego jest wtórnym poczuciem „Ja”, musi utożsamiać się z czymś zewnętrznym. Potrzebuje nieustannej ochrony i dożywiania. Najczęściej spotykane przedmioty utożsamienia to dobra materialne, wykonywana praca, pozycja społeczna i uznanie, wiedza i wykształcenie, wygląd zewnętrzny, rzadkie umiejętności, związki z ludźmi, własna przeszłość i dzieje rodziny, systemy wierzeń. Kategorie, na których ego opiera swoją tożsamość, niejednokrotnie miewają charakter zbiorowy: polityczny, narodowy, rasowy, religijny itd. Ale żaden z tych punktów odniesienia nie jest tobą.

Czy to cię przeraża? A może odetchnąłeś z ulgą? Wszystkich tych zewnętrznych spraw prędzej czy później będziesz musiał się wyrzec. Na razie może trudno uwierzyć (wcale zresztą nie proszę, żebyś wierzył), że w żadnej z wymienionych rzeczy nie zdołasz odnaleźć swojej tożsamości. Sam z czasem się o tym dowiesz. Najpóźniej w chwili, gdy poczujesz zbliżanie się śmierci. Śmierć polega na złuszczeniu wszystkiego, co nie jest tobą. Sekret życia tkwi w tym, żeby „umrzeć, zanim umrzesz” – i stwierdzić, że śmierci nie ma.
 

środa, 10 kwietnia 2019

Wystarczy

Obraz może zawierać: na zewnątrz, woda i przyroda

Wystarczy obserwować, co się dzieje – to najlepsza nauka. Być w tym, co się wydarza, i nie oddzielać się od tego. Przebudzenie można odnaleźć w przyjemności i w bólu, w zagubieniu i w mądrości.
Pema Cziedryn


 Obraz może zawierać: roślina, drzewo, na zewnątrz, przyroda i tekst

Za sprawą podstawowej dobroci, podstawowej mądrości i podstawowej inteligencji, które są w każdym z nas, możemy przestać szkodzić sobie i innym. Dzięki uważności widzimy rzeczy w chwili, gdy powstają. Dzięki uzyskanemu zrozumieniu nie wywołujemy reakcji łańcuchowej, w której drobne wydarzenia urastają do rangi ogromnych problemów. Postrzegamy rzeczy małymi - i one takimi pozostają. Nie powodują ani trzeciej wojny światowej, ani nawet rodzinnej awantury. A wszystko to dzięki umiejętności zatrzymania się na chwilę, dzięki uczeniu się niereagowania impulsywnie za każdym razem w ten sam sposób. Zatrzymać się, zamiast bezzwłocznie wypełniać działaniem pojawiającą się lukę - oto transformujące doświadczenie. Chwila uspokojenia pozwala nawiązać kontakt z pierwotnym niepokojem i z pierwotną przestronnością. Przestajemy wreszcie wyrządzać krzywdę. Poznajemy siebie lepiej i nabieramy do siebie szacunku. Cokolwiek się pojawia, cokolwiek wdziera się bez zapowiedzi w nasze życie - nie tracimy głowy, albowiem zmieniło nas głębsze poznanie samych siebie, zmieniła nas szczera i delikatna uważność.

Pema Cziedryn

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Nie podążaj za tym

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Nie podążaj za tym, co minęło i nie zapraszaj przyszłości.
Nie spekuluj o przyszłości i nie medytuj intelektem.
Nie analizuj dyskursywną myślą – całkowicie zrelaksuj swój umysł.

Tilopa


 Obraz może zawierać: 1 osoba, broda i kapelusz



Co rozumiemy przez wymiar? Możność rozpościerania się albo poruszania w pewnym kierunku. Poruszając się na zewnątrz czynić to możemy jedynie w trzech wymiarach tzn. nie możemy wykroczyć poza trójwymiarową przestrzeń. Ruch jednakże, który stwarza i zawiera owe trzy wymiary odczuwany jest jako czas dopóki ten nie ustanie, albo dopóki trwa tworzenie wymiarów, tzn. nie postrzega się ich jako zamkniętej całości. Poczucie czasu to poczucie niepełności. Z tej przyczyny w chwilach wyższej świadomości, intuicyjnego widzenia czy doskonałej realizacji czas nie istnieje. Dla Oświeconych czasu nie ma.

Nie oznacza to, że pamięć Osoby Oświeconej została wymazana albo, że jej przeszłość uległa zniweczeniu. Wprost przeciwnie, przeszłość przestaje być jakością czasu, stając się nowym rodzajem przestrzeni, który nazwać można Czwartym Wymiarem, gdzie rzeczy i zdarzenia doświadczane cząstkowo postrzega się jednocześnie, integralnie i w teraźniejszości. Dlatego Budda w procesie oświecenia przyglądał się swoim niezliczonym wcześniejszym żywotom z ciągle poszerzającej się perspektywy, do czasu aż wizja nie objęła całego wszechświata. Jedynie wówczas, gdy rozpozna się przeszłość jako “prawdziwy wymiar siebie”, a nie tylko jako abstrakcyjną właściwość czasu, będziemy w stanie postrzegać siebie we właściwej perspektywie w stosunku do wszechświata, który nie jest otaczającym nas w tajemniczy sposób obcym elementem, lecz ucieleśnieniem przeszłości, w łonie którego śnimy aż do przebudzenia się do wolności oświecenia. (str. 265-6)

Lama Anagarika Govinda, Creative Mditation and Multidimensinal Consciousness, 1977

niedziela, 7 kwietnia 2019

Jestem który Jest

Brak dostępnego opisu zdjęcia.


./Saint Germain/
Kiedy powiedziałem: "JAM JEST brama otwarta, której żaden człowiek zamknąć nie może", chciałem dać do zrozumienia ludzkości, że słowa moje odnosiły się do "Wielkiego JAM JEST", który jest życiem przejawionym w każdej istocie i posiada formę. Nie chciałem stwierdzić, że Jezus był jedyną osobą, której był nadany ten przywilej. Każde z was, drogie dzieci Jedynego Ojca, ma w sobie tę samą Potężną Obecność, czyli "Wielkie JAM JEST", które Ja mam i które miałem w tym czasie, w którym osiągnąłem pełne Wieczne Zwycięstwo.

Dla podbudowania siły i pewności twojego umysłu, chciałbym abyś zrozumiał, że Świadomość, której użyłem, aby osiągnąć Wielkie Zwycięstwo zdobyłem używając "Obecności JAM JEST", której ciebie uczę. Po poszukiwaniach wszystkimi możliwymi drogami, jakie istniały w tym czasie, zdecydowane życzenie poznania Prawdy, doprowadziło mnie do Wielkiego Mistrza – którego i wy poznacie pewnego dnia – a który obdarzył mnie Wewnętrzną Tajemnicą i Potężnym Zezwoleniem, które zwróciło mnie w kierunku "Potężnej Obecności Wielkiego JAM JEST". Dzięki jego promieniowaniu, zrozumiałem i natychmiast zacząłem to stosować. Jest to jedyny sposób, w jaki indywidualizacja Promienia Boga może osiągnąć Wieczne Zwycięstwo i zbudować swoją strukturę na twardej podstawie, której żadna działalność zewnętrzna nie może rozproszyć.

A teraz chcę tobie przekazać prosty ale wszechmocny sposób używania "Obecności". Wszyscy, którzy osiągnęli Wielkie Zwycięstwo, przede mną i po mnie, wznieśli się tak jak Ja to zrobiłem, używając tej świadomej działalności "Potężnej, Wiecznej Obecności JAM JEST".

Kiedy powiedziałem moim uczniom i ludzkości: "Rzeczy, które robię, wy również możecie robić, a nawet i większe niż ja", wiedziałem o czym mówię. Wiedziałem, że wewnątrz każdego zindywidualizowanego Dziecka Boga istnieje właśnie ta "Potężna Obecność JAM JEST", dzięki której impulsy popychają nas do przodu, bez zwątpienia. Mówię "impulsy", ponieważ to właśnie chcę wam powiedzieć.

Stałe używanie twojej "Obecności JAM JEST" popycha ciebie do przodu pomimo jakiegokolwiek działania zewnętrznego. Burze, zwątpienia, bunty i zaburzenia, mogą płonąć wokół ciebie, ale tylko wtedy, gdy ta jedyna myśl będzie stale utrzymywana w tobie z mocą i będziesz przebywał w Świadomości "Obecności JAM JEST", możesz pozostać spokojny, nieporuszony wszystkimi zajściami stworzonymi przez ludzi, w które mógłbyś być zamieszany.

Jest tylko jeden sposób, dzięki któremu ty i Ojciec możecie stać się Jednością na zawsze, a jest nim całkowite zaakceptowanie swojej "Obecności JAM JEST", a także Energii, Miłości, Mądrości i Mocy, które Ona daje jako złote więzy i drogocenne schody, za pomocą których wzniesiesz się spokojnie aż do ostatecznego urzeczywistnienia.

Pewnego dnia w pewnej części świata każda indywidualizacja BOGA, OJCA, musi znaleźć drogę powrotu przez swoją "Obecność JAM JEST", wypełniając w swoim cyklu, albo w cyklach zindywidualizowanie wszystkich działań zewnętrznych zewnętrznego "Ja". Ziemia jest jedyną sferą, gdzie istnieje gęstość struktury atomowej, której doświadczasz. Uznanie świadome i użycie "Obecności JAM JEST", którą jesteś, stopniowo zwiększa działanie wibracyjne twojej struktury atomowej zmieniając kierunek i uwalniając działalność elektroniczną ukrytą wewnątrz atomu, pozwalając na to, byś przemienił się w Istotę Samooświeconą.

Chciałbym, aby wszyscy, którzy mogą to otrzymać i połączyć się z tym pewnego dnia, zrozumieli dobrze, że ja nie jestem, ani nigdy nie byłem Istotą Szczególną, stworzoną przez Boga inaczej od reszty ludzkości. Prawdą jest, że uprzednio uczyniłem wiele świadomych wysiłków i dużo osiągnąłem przed inkarnacją, w której doszedłem do Wiecznego Zwycięstwa. Doświadczenia, które wybrałem przed dwoma tysiącami lat zaistniały po to, by dać przykład, że każda indywidualizacja Boga musi osiągnąć ten stan wcześniej lub później.

Powtarzam z naciskiem, Drogie Dzieci Boga, że chciałem abyś mnie widział jako Starszego Brata w jedności z tobą. Gdy powiedziałem: "JAM JEST z wami zawsze Obecnością JAM JEST, którą Jestem i którą wy jesteście, a która jest Jednością" czyż nie dostrzegłeś, że "JAM JEST" z tobą zawsze? Medytuj o tym głęboko i staraj się odczuć realność tego.

Podczas mojego wniebowstąpienia i po nim, przekazałem ogromną ilość promieniowania rozpraszając je na moich ukochanych braci i siostry na Ziemi, ze sfery dokąd odszedłem aby tam zamieszkać.

Naprawdę chcę wam powiedzieć, że: każdy człowiek, który pośle swoją świadomą myśl do mnie, w tym celu, aby się wznieść nad ziemskie ograniczenia albo nad swoje własne i będzie żył z tym w zgodzie, otrzyma ode mnie każdą możliwą pomoc, która może być dana zgodnie z poziomem wzrostu świadomości, jaką posiada.

Nie zrozum mnie źle, kiedy mówię o wzroście. Mówię o ludzkości ogólnie. Nie odnoszę się do tych, którzy mają już pewne osiągnięcia w używaniu i akceptowaniu swojej "Obecności JAM JEST", ani do tych, którzy mogą odsunąć zasłonę ludzkiego wznoszenia w każdym momencie i iść naprzód w "Objęciach Wniebowstąpionej Promieniującej Obecności JAM JEST". W grupie uczniów, która się już uformowała, są tacy dla których jest już możliwe uczynienie tego. Zależy to jednak całkowicie od nich samych, od ich spokojnej zrównoważonej intensywności, przez którą się świadomie zwracają do swojej "Obecności JAM JEST".

Przynoszę tobie wielkie nowiny, ponieważ ich doświadczyłem w moim własnym przeżyciu.

Przed tym zanim całkowicie zdecydowałem się dać przykład ludzkości, zacząłem nagle używać afirmacji, która przyszła do mnie jako wewnętrzny impuls: "JAM JEST Zmartwychwstanie i Życie".

W dwa dni później od momentu kiedy zacząłem używać tej afirmacji, z wielką radością zrozumiałem, co mam robić i chcę ciebie zapewnić, że to świadome użycie potężnej afirmacji "JAM JEST Zmartwychwstanie i Życie", było tym, co dało mi władzę, aby móc wznieść się w niebo w obecności wielu i zarejestrować w archiwach eterycznych ten przykład, który będzie się utrzymywał po wsze czasy, właśnie dla przykładu służącego ludzkości.

Na nieszczęście zasłona idei ortodoksyjnej pokryła umysły ludzkie nie pozwalając na zrozumienie, że każdy z nas posiada w sobie "Obecność JAM JEST", zupełnie tak samo jak ja; dzięki której każdy może osiągnąć i czynić te same rzeczy, które ja czyniłem i osiągnąć Wieczne Zwycięstwo.

To jest właśnie drogi uczniu posłanie osobiste, które tobie zostawiam, wyrażając je przez Promień Światła i Dźwięku, w który możesz wejść, widzieć i słyszeć, jeżeli masz wystarczająco przygotowaną świadomość.

Jeszcze raz podkreślam, żebyś myślał o mnie jak swoim starszym Bracie, gotowym w każdym momencie pomóc tobie. Nie myśl o mnie jako o Istocie Transcedentalnej, która jest odległa od twojego zasięgu, z którą kontakt nie jest możliwy, ponieważ "Obecność JAM JEST", która mnie habilitowała, abym mógł się wznieść, jest tą samą "Obecnością JAM JEST", która może dać tobie to samo co uczyniłem ja. Ty zaś, masz dziś pomoc Wielkich Zastępów Wzniesionych, którzy już osiągnęli Wieczne Zwycięstwo i radują się, że mogą tobie pomóc, podczas gdy ty się przygotowujesz.

Obejmuję ciebie Moją Miłością i powiadam tobie; "Zawsze jestem z tobą".

Saint Germain: "Czy to nie była niespodzianka dla was?"

sobota, 6 kwietnia 2019

Odpowiedź

Brak dostępnego opisu zdjęcia.


Zapytany o to, jak rozpoznać cmentarz we własnym doświadczeniu, Trungpa Rinpocze odpowiedział:

To poczucie zagrożenia, którego doświadcza większość ludzi. To stan, w którym uważacie, że jesteście na krawędzi obłędu, tracicie grunt pod nogami i nie wiecie już, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Chcecie mieć pewność, kto jest kim, nie chcecie się mylić. Pragniecie, żeby wszystko było jasno określone. To dążenie samo w sobie staje się bardzo szkodliwe i odpychające. Jako buddyści próbujemy zbliżyć się do tego, czego nikt nie chce zgłębiać. Ludzie cały czas próbują od tego uciec i w ten sposób tworzą samsarę. Dopóki jesteśmy na duchowej ścieżce, praktykujemy i rozwijamy się, dopóty dokonujemy niemożliwego: zbliżamy się do tego, co wszyscy inni odrzucają od milionów lat. Zbliżamy się do tego, co budzi niepokój, kierujemy się ku temu, demaskujemy to. Właśnie dlatego dawanie i otwieranie się jest tak bolesne. Ta niechęć przypomina właśnie cmentarz, ale nie ogranicza się do konkretnego miejsca – dopada nas wszędzie.
=====
Fragment książki "Gorący oddech dakini", którą można kupić na stronie Fundacji Rogaty Budda:
http://www.rogaty-budda.pl/goracy-oddech-dakini.html

piątek, 5 kwietnia 2019

Uważajcie, byście w nią nie wpadli.’’

Obraz może zawierać: ogień

‘’Nie pozwólcie by frustrujące i zniechęcające myśli przejęły kontrolę nad umysłem. Dalajlama kiedyś powiedział, że najbardziej zaskakującą rzeczą dotyczącą ludzi Zachodu, którą odkrył, było ich samoznienawidzenie. W Tybecie - mówił - tylko głupcy z wioski czują do siebie nienawiść. Oczywiście mówił to uśmiechając się, jednak jest to dosyć ostry osąd. Jest też jednak prawdziwy, co zauważyłem, w odniesieniu do Tajlandii. Możliwe, że już nie tak bardzo: od kiedy zadomowiła się tam nowoczesna kultura, naprawdę, uczy ona ludzi jak siebie nienawidzić, jak czuć się źle myśląc o sobie. Utrzymuje różnego rodzaju wyobrażenia o fizycznych i finansowych ideałach z którymi nikt nie potrafi zgodnie żyć. Jednak w tradycyjnej kulturze, jedną z podstawowych umiejętności bycia ludzką istotą było to, jak czuć się dobrze w odniesieniu do siebie, jak kochać siebie, jak życzyć sobie dobrze i jak inteligentnie działać z tym życzeniem. Tylko naprawdę głupi ludzie siebie nienawidzili, a przecież ten rodzaj głupoty tak bardzo się szerzy w nowoczesnym świecie. Uważajcie, byście w nią nie wpadli.’’
- Ajaan Thanissaro Bhikkhu, ‘’In the Mood’’

czwartek, 4 kwietnia 2019

Dowody uzdrowień


Kontuzja pleców szybko usunięta
(Back injury quickly healed)


Airlie Scott Reprinted from the February 25, 2008, issue of the Christian Science Sentinel.
Kilka lat temu miałem próbę sztuki w Monachium, w Niemczech, w gorący wrześniowy dzień. Jako że postać, którą grałem, była młodym chłopcem, musiałem wskakiwać na różne elementy dekoracji i zeskakiwać z nich, biegając po scenie, demonstrując wiele fizycznego wysiłku i giętkości. Pewnego dnia podczas próby naciągnąłem mięśnie pleców i odczuwałem ból.
Ruchy miałem ograniczone i wyraźnie czułem, jakby w moich plecach coś fizycznie było nie na swoim miejscu. Niedługo miałem wyjechać na dziewięciomiesięczne tournee i zacząłem się bać, że kontuzja może mi uniemożliwić próby czy przedstawienia. Na szczęście dzięki studiowaniu Chrześcijańskiej Nauki wiedziałem jak ważne jest modlenie się i zwrócenie ku Bogu raczej aniżeli skupianie się na fizycznych symptomach.
Tej nocy po próbie wróciłem do mojej kwatery, gdzie mogłem być sam i spędziłem trochę czasu na modlitwie. Sięgnąłem po numer Christian Science Journal i kiedy modliłem się nad ideami zawartymi w artykułach, które czytałem, zacząłem odczuwać spokój i wszelki strach, że moje ruchy mogą być ograniczone zaczął zanikać. W jednym z artykułów autor mówił o dzieciach Boga, których istnienie jest „dynamiczne i pozbawione wysiłku” Łał! Sformułowanie to uderzyło mnie i na nowo zdałem sobie sprawę z tego, że moja prawdziwa substancja była duchowa.
Nie byłem materialnym ciałem, które próbowało być wystarczająco silne czy wystarczająco naładowane energią, żeby osiągnąć wystarczającą wytrzymałość na długie teatralne tournee. Utrzymywałem w myślach, że moim prawdziwym „ciałem” była moja duchowa tożsamość – substancja myśli Boga – i dlatego była pozbawiona bólu, pozbawiona wysiłku, dynamiczna i wolna. To znaczyło, że moja praca nie wymagała uczenia moich mięśni zapamiętywania, co wiązałoby się z ryzykiem ich naciągnięcia.
Kiedy się tak modliłem rozmyślając o tym, jak Bóg, Duch, stworzył mnie, zrozumiałem, że mogę być „wolnym od wysiłku sobą”. Ten cytat z Nauki i zdrowia z kluczem do Pisma Świętego dopełnił moich modlitw: „Człowiek jest poddanym Boga, Ducha, i niczym więcej. Istnienie Boga to nieskończoność, swoboda, harmonia i niezmierzona błogość. ‘Tam, gdzie jest Duch Pana, tam jest wolność.’ Na podobieństwo dawnych arcykapłanów człowiekowi wolno ‘wstąpić w święte świętych’ – wymiar Boga”.
Moja prawdziwa tożsamość nagle zarysowała się wyraźnie. To zrozumienie całkowicie zaprzeczało przekonaniu, że uprawianie mojej normalnej pracy aktora, którą stanowią próby, może spowodować jakikolwiek ból czy ograniczenie. Cały strach mnie opuścił i poszedłem spać spokojnie zaufawszy duchowym prawdom, jakie wyczytałem.
Obudziłem się następnego ranka całkowicie wolny od bólu już nie odczuwając, że cokolwiek w moich plecach było nie na swoim miejscu. Podczas próby tego dnia byłem w stanie poruszać się normalnie i mieć fantastyczne odczucie energii i naturalnej motywacji dla każdego zadania, jakie przede mną stawiano. Od tego dnia nie było żadnego nawrotu bólu w plecach, a uzdrowienie okazało się permanentne. Byłem bardzo wdzięczny za ten dowód mojej wrodzonej wolności przynależnej dziecku Boga.

Jeszcze długo po tym, jak poczułem się fizycznie wolny, nieraz rozmyślałem nad tymi duchowymi prawdami. Przez całe tournee często wracałem do stwierdzenia, że wyrażałem „dynamiczne i pozbawione wysiłku istnienie”, a to wprowadziło praktyczne i trwałe poczucie niezmierzonej wolności w moją pracę.

Sympatycznym epilogiem tego uzdrowienia jest to, że podzieliłem się tą duchową koncepcją z kilkoma moimi kolegami-aktorami oraz kierownikiem tournee. Niektórzy z kolegów powiedzieli mi później, że podobnie jak ja, oni również osiągnęli większą fizyczną swobodę stosując tę ideę na scenie i poza nią.

Airlie Scott lives in London, England.


 
Świadectwo uzdrowienia


            Nosiłem się właśnie z zamiarem złożenia ślubów zakonnych. Pogodziłem się z tym, że prawdopodobnie nie pożyję długo. Poświęciłem mój czas na duchowe nabożne medytacje. To dawało mi siłę i coraz głębszy spokój na przekór mojej kiepskiej fizycznej kondycji.
            Swego czasu byłem instruktorem narciarstwa i odnosiłem sukcesy w biznesie. Miałem dwie małe firmy, organizujące wycieczki narciarskie oraz szkoły letnie. Wiele się zadziało od tamtej pory do momentu, kiedy zarejestrowano mnie jako niepełnosprawnego. Byłem „w rozsypce”.
            Jako dziecko zapadłem na chorobę kości. W rezultacie moja lewa noga stała się krótsza, a kręgosłup skrzywiony. Nie zaprzestałem jednak aktywnego sportowego życia w dzieciństwie. Grałem w piłkę nożną i tenisa, surfowałem i jeździłem na rowerze. Byłem aktywnym sportowcem także po ukończeniu szkoły.
            I nagle w roku 1995 zacząłem tracić na wadze. Lekarze nie potrafili tego wyjaśnić. Przez całe miesiące przechodziłem badania i zażywałem leki. Na koniec lekarze uznali, że występuje u mnie syndrom nadwrażliwego jelita. Mój organizm nie przyjmował niektórych rodzajów pożywienia. Występował u mnie również syndrom chronicznego zmęczenia. Mięśnie pleców i szyi zanikły, eksponując tym mocniej słabość szyi spowodowaną skrzywieniem kręgosłupa. Pod koniec 1997 roku moja waga spadła do 48 kg. Nie tolerowałem żadnego jedzenia poza gotowanym brązowym ryżem i surowymi, przetartymi warzywami, cierpiąc nieustannie z powodu przemieszczania się szyjnej części kręgosłupa oraz będąc przykutym do łóżka.
            Aż pewnego razu wiosną 2001 roku zobaczyłem plakat anonsujący wykład. Miał być o jakiejś kobiecie, o której nigdy wcześniej nie słyszałem – Mary Baker Eddy. Nie mogłem pojąć, dlaczego myśl o tym wykładzie nie opuszczała mnie. Nie miałem żadnych związków ani nigdy się nie interesowałem tą osobą. I wcale nie miałem ochoty czegokolwiek się o niej dowiedzieć. Nie wspominając już, że dotarcie do miejsca wykładu było dla mnie trudnym zadaniem jako dla niepełnosprawnego. Ale myśl o wykładzie mnie nie opuszczała. Wciąż krążyła po mojej głowie. W końcu zdecydowałem, że pójdę na wykład.
            Pokonując ból, poruszając się wolno i cierpliwie, zdołałem dotrzeć do sali, gdzie miał odbyć się wykład. Byłem wyczerpany i mocno obolały.
            To, co usłyszałem sprawiło, że poczułem się nieswojo. Usłyszałem słowo Pismo Święte. Jako młody chłopak czułem się skrępowany obcując z ludźmi, którzy zajmowali się „Pismem”. Także słowo uzdrawianie zdarzało mi się często słyszeć. Wydałem mnóstwo pieniędzy na wszelkie możliwe rodzaje alternatywnej czy naturalnej terapii – od akupunktury do refleksologii i wiele innych pomiędzy. Nie przyszedłem na ten wykład po uzdrowienie. Szybko zacząłem tracić zainteresowanie.
            Usłyszałem cytat z książki Nauka i zdrowie z kluczem do Pisma Świętego: „Bóg jest zarazem punktem centralnym, jak i treścią naszej istoty.” To zdanie poruszyło mnie. Natychmiast pomyślałem: „Jakim to sposobem Bóg może być centrum i treścią tej istoty? Tej istoty, która jest tak schorowana, pełna bólu i pokrzywionych kości.”
            Pamiętam też, że usłyszałem, iż Bóg znaczy „dobry”, i że to „dobro” wypełnia całą przestrzeń przez cały czas. Słysząc to poczułem, jak ogarnia mnie gniew. Co było „dobrego” w tym, że cierpiałem przez wszystkie te lata? Co było „dobrego” w byciu zarejestrowanym jako niepełnosprawny fizycznie i nieuleczalnie chory w wieku 35 lat? Byłem wściekły! Gniewne myśli całkiem mnie pochłonęły.
            Nagle jednak coś się zmieniło. Mój umysł stał się całkowicie spokojny. Zauważyłem zmniejszanie się bólu. Najpierw w brzuchu, potem w szyi, a następnie w kolanach. Poczułem, jakbym już dłużej nie był uwięziony w niedożywionym, koślawym, przekrzywionym na jedną stronę, obolałym ciele. Czułem, że jestem odłączonym milczącym obserwatorem, który był świadkiem rosnącego poczucia odprężenia. To odprężenie zastępowało dotychczasowe odczucia bólu i choroby. To było jakby kostka lodu położona została na ciepłym parapecie, delikatnie się rozpuszczając i zmieniając kształt. Tak też uczucia bólu i sztywności delikatnie rozpuszczały się i zmieniały kształt we mnie – uwalniając od zesztywnienia, które trzymało mnie w pułapce przez tak wiele lat. Byłem naprawdę zszokowany.
            Proste idee Prawdy przemieniły moje obolałe ciało w odprężone, wolne od wszelkich chorobliwych i bolesnych odczuć. Byłem w szoku z powodu tego, co nastąpiło później. Szedłem do domu długim zamaszystym krokiem, bez cienia wysiłku, głowę trzymałem wysoko, pierś wypięta, nie było we mnie śladu bólu, zmęczenia czy ograniczenia. Przeszedłem pieszo całą drogę – około półtora kilometra – i dotarłem na miejsce przepełniony radością i zdumieniem z powodu tego, co mi się przydarzyło.
            Spałem tej nocy jak małe dziecko, a rano obudziłem się wcześnie z myślą jak Bóg jest dobry. Bóg rzeczywiście był „centrum i treścią (mojej) istoty” Przypomniałem sobie inne stwierdzenia zasłyszane w trakcie wykładu, a wśród nich to z Księgi Rodzaju: „Bóg stworzył człowieka na swój obraz.” A także: „…Bóg zobaczył, że wszystko, co stworzył, było bardzo dobre.”
            Zsunąwszy się z łóżka doznałem kolejnego szoku. Stałem doskonale wyprostowany, zamiast być pochylonym na bok z powodu krótszej jednej nogi. Zachowywałem równowagę stojąc na bosaka. Kiedy tylko spróbowałem jakoś to sobie ułożyć w głowie, usłyszałem słowa: „Musimy polegać na Bogu w sposób radykalny, jeśli idzie o nasze dobro.” To były słowa, których nie przypominałem sobie z wykładu. Zdawały się mieć w sobie taką przekonującą siłę! Nie miałem wątpliwości co do ich prawdziwości. Natychmiast zacząłem wyrzucać wszystkie wkładki z butów na lewą nogę. Nie były dłużej potrzebne.
            Poczułem przemożne pragnienie udania się do sklepów i kupienia wszelkich możliwych składników dla przygotowania normalnego śniadania – takich jak herbata, cukier, mleko, płatki zbożowe, chleb, masło i miód. Przez ostatnie sześć lat nie byłem zdolny jeść takich rzeczy. Zjadłem wspaniały, „normalny” posiłek bez najmniejszego bodaj śladu jakiejś reakcji czy nietolerancji ze strony organizmu. Pamiętam, jak zrozumiałem, że to nie były  szokujące zmiany, ale powrót do normy. Mogłem się spodziewać, że będzie ich jeszcze więcej.
            W dwa dni później poszedłem na moje pierwsze w życiu nabożeństwo w kościele Chrześcijańskiej Nauki. Zacząłem studiowanie Nauki i Zdrowia regularnie poprzez lekcje biblijne z Kwartalnika Chrześcijańskiej Nauki.
            W przeciągu czterech tygodni przybyło mi blisko 28 kilogramów. Byłem w stanie jeść i trawić każdy rodzaj pokarmu. Potrafiłem przejść na piechotę ponad trzy kilometry dziennie i wróciłem do jeżdżenia na rowerze, pieszych wycieczek i pływania. Dosłownie czułem się jak nowo narodzony, wróciła mi chęć do życia, stanąłem na nogi. Byłem świadomy, że moje życie było od Boga i nigdy nie zostanie mi odebrane. Nie może zostać osłabione w żaden sposób, ani być zależne od jakichkolwiek materialnych warunków.
            Poszedłem na wykład bez żadnych oczekiwań i wyszedłem po jego zakończeniu bez żadnych ograniczeń. Zostałem uwolniony, żeby żyć.

Philip Hockley
Farningham, Kent,
 Anglia

Witam was kochani, Jam Jest Kryon

  Witam was kochani, Jam Jest Kryon ze służby magnetycznej. Wsłuchajcie się w szelest wiatru i szum morza. Te rzeczy powinny was napełnić ...